GRY

Forbidden Feelings-One Shot

Dwie znane w rzeczywistym nam świecie osoby. Członkowie znanego na całym świecie boy band’u. Określani mianem Larry’ego. Kontrowersje. Skandale. To ich otacza. Z tym chcą się zmierzyć. Z tym walczyć.
Tym razem szkolny kujon i kapitan drużyny koszykówki. Dwie całkowicie różne osobowości. Tak, to dokładnie to opowiadanie, w którym dwójkę ludzi z całkowicie innego otoczenia połączyło uczucie. Zakazane uczucie. To ta typowa historia, która powinna zakończyć się dla wszystkich Happy End’em. Właśnie. Powinna. Jeśli nie? Jeśli wystąpią nieoczekiwane komplikacje? Nikt się przed nimi nie uchroni. Nikt nie ucieknie przed przeznaczeniem.
            Louis Tomlinson. Nie brzmi podobnie? Teraz będzie grał rolę chłopaka z wyjątkowymi zdolnościami w nauce. Ładnie to określiłam. Dla każdego po prostu zwykły, szkolny kujon. Nieporadny, zagubiony w otaczającym świecie.
            Harry Styles. Kolejne znane nam wszystkim nazwisko. Jednak nie. Nie będzie tutaj pasji do muzyki. Szkolna gwiazda. Zapatrzona w siebie? Nie, to niestety nie ta bajka. Określiłabym go również mianem zagubionego. On zdecydowanie nie wie co zrobić w swoim życiu. Chce się przyporządkować. Zabłysnąć w swojej drużynie. Pokazać kto tu naprawdę rządzi. Pragnie się wybić.
            Oboje w pewnym stopniu dążą do jednego. Czy im się uda? Przekonajmy się. Czas poznać ich historię.
            Lekcja matematyki. Dla każdego ciężkie godzinne katusze w klasie. Również dla Harry’ego. Niegdyś dobry uczeń. Dzisiaj imprezowicz.
Matematyka dla Louisa to czysta przyjemność. Nie potrzebuje nawet kalkulatora, aby obliczyć najcięższe równanie. Ma ten specyficzny dar. Kocha to. Nie musi się męczyć na sprawdzianach. Swoje prace oddaje w maksimum dwadzieścia minut. Jest poniewierany przez otoczenie, ale tak naprawdę wszyscy mu zazdroszczą inteligencji. Nigdy nie zauważony przez Harry’ego. Chłopak nie zwraca uwagi na nic nie znaczących i nie wnoszących nic do jego życia ludzi. Nie przejmuje się nimi. Nie poniża ich. Po prostu stara się ich omijać. Tak było do pewnego czasu.
23 wrzesień. Ten dzień oboje zapamiętają na bardzo długo. Dokładnie dwunasta lekcja matematyki. Louis starał się wszystko notować. Podkreślał tematy, numerował i pisał daty. To był zeszyt porządnego licealisty. U Harry’ego kartki świeciły pustkami. Nie kłopotał się w zapiskach. Nie było mu to potrzebne. Robi karierę w sporcie, a nie matematyce.
- Styles! Do tablicy! – zawołała, a raczej krzyknęła nauczycielka, aby mógł to usłyszeć chłopiec z ostatniej ławki, słuchający obecnie przez słuchawki swojej ulubionej piosenki Coldplay. Kochał ten zespół. – Daj przy okazji zeszyt! – To będzie miała problem. Pomyślał.
Podążył przez szereg ławek, prosto na środek sali. Stanął przed niewielkim biurkiem i podał czysty zeszyt. Nie było tam nawet słowa. Wszędzie widniały obrazki, narysowane przez niego, po prostu z nudów.
- Widzę, że nawet nie mam z czego cię zapytać, bo jak zwykle nie uczestniczysz w lekcji.  Chyba masz świadomość, że jesteś w klasie maturalnej. Teraz wszystko się liczy. Co się z tobą chłopcze dzieje? Nie pozwolę na to, abyś zmarnował sobie kolejny rok i zaliczał wszystko na minimalną liczbę punktów, aby ledwo co zdawać z klasy do klasy. To do niczego nie prowadzi. Proszę, siadaj. Zostań na koniec lekcji. Chcę z tobą porozmawiać. – wygłosiła swoje kazanie. Jak zwykle. Nie była jędzą. Była miłą, starszą kobietą. Tak, myślał.  Do czasu.
Skierował się na swoje, wcześniej zajmowane miejsce. Chciał już być w domu. Porzucać do kosza. Zrelaksować się. Pragnął zapomnieć.  Nie tylko matematyka mu źle szła. Większość przedmiotów olewał. Liczyły się tylko treningi. Był w tym naprawdę dobry.
Nagle w klasie, po tych okropnych męczarniach rozbrzmiał oczekiwany przez wszystkich dzwonek. Chłopak rzucił się w kierunku wyjścia, mając złudną nadzieję, że nauczycielka zapomniała o rozmowie z nim.
- Harry! Gdzie ci się tak śpieszy? Zapraszam do mnie. – odwrócił się i podszedł do biurka. – Panie Tomlinson. Proszę na chwilę zostać. – zdezorientowany, spojrzał na niższego od siebie chłopaka. Po jego minie, dało się wyczuć, że też nie miał pojęcia co jest grane. – Nie chce się już powtarzać, bo mam nadzieję, że na lekcji wyraziłam się dosyć jasno. Mam dla was obu  pewną propozycję. Mam nadzieję, że Louis na to przystanie. Wiesz kochaniutki… - parsknąłem śmiechem na to określenie. - …, że Harry’emu nie idzie matematyka, a ze względu, że jesteś najlepszy w klasie chciałabym się do ciebie zwrócić o pomoc mu, w jakże trudnym dla niego przedmiocie. – Prawie się zadławiłem.
- No nie wiem, czy… - chciał zaprzeczyć.
- Oczywiście, wszystko będzie ci wynagrodzone. Dostaniesz rekomendacje na studia. Łatwiej będzie ci się dostać na wymarzoną uczelnie. – spostrzegłem w jego oczach iskierki szczęścia.
- W sumie czemu nie. Mam trochę czasu w weekendy. Mógłbym go poświęcić dla Harry’ego.
- O to, dobrze. Widzisz Harry. W weekendy będziesz miał dodatkowe lekcje matematyki. Mam nadzieję, że przynajmniej z tego się wywiążesz. Oby nie doszły mnie słuchy, że opuszczasz z jakiegokolwiek powodu owe korepetycje.
- Czemu ja nie mam nic do powiedzenia? Nie mam czasu w weekendy. Jestem zbyt młody, żeby poświęcać wolny czas na naukę. – zaprotestowałem.
- Nie masz wyboru. Postaraj się, bo jak nie, to pożegnasz się z drużyną koszykówki i ja tego osobiście dopilnuje. Mój przedmiot jest również ważny, jak każdy inny. Nie pozwolę na to, aby liczyły się dla ciebie tylko zajęcia wychowania fizycznego. To Louis, o której masz czas w piątek, sobotę i niedzielę?
- Nie wiem. Może być o szesnastej? – zaproponował. Kuźwa! Ja mu dam szesnasta!
- Idealnie. Mam nadzieję, że nie będę miała skarg na twoją niesubordynację. Miłego dnia życzę. Dowidzenia. – Nic nie odpowiedziałem, tylko trzasnąłem drzwiami. Na pewno będzie miły. Zrywam się. Nie będę siedzieć na ostatniej lekcji jak jakaś ciamajda. Od jutra zaczyna się moja katorga. Niech ta stara baba nie myśli, że mnie zastraszy. Nie pozwolę na to.
Poczułem jak ktoś mnie łapie za ramię. Korytarze świeciły pustkami. Już dawno zaczęła się następna lekcja.
- Czego?! – odwróciłem się.
- Uspokój się! Mnie też się nie uśmiecha siedzieć z tobą i wbijać coś do twojej pustej głowy. Przemęczmy się. Jak coś to jutro u ciebie. Wiem, gdzie mieszkasz. Na razie.
Czy on się kurwa do mnie wprosił? Błagam! Dajcie mi żyć! W sobotę jest impreza u Zayna, a ja będę siedzieć nad jakimś idiotycznym przedmiotem, z jakimś idiotą. Czemu zawsze ja muszę tak cierpieć?
***
            Nadeszła ta nieszczęsna godzina. Na dworze była idealna pogoda, aby pograć w kosza. Pobiegać. Cokolwiek. Nienawidziłem siedzieć w domu. Na dodatek bezczynnie. Jeszcze ten dziwak się spóźniał. Oby to była tylko godzina. O nic więcej nie proszę. Nauczę się tej zasranej matmy. Tylko nie chce siedzieć nad tym cztery godziny. Nawet dziesięć minut, ale to już tak na marginesie.
            W moim niewielkim domu rozbrzmiał dzwonek do drzwi. Nareszcie. Dom był pusty. Rodzice pracowali do późna, a moja siostra wyjechała na studia. Wszystko do naszej dyspozycji.
            Otworzyłem drzwi.
- Spóźniłeś się. – Od razu powiedziałem.
- Tak, wiem. Strasznie cię przepr…
- Nie kończ. Mam to i tak gdzieś. Nie potrzebuje twoich przeprosin do życia. Lepiej weźmy się za to. Chce to jak najszybciej skończyć. – Zaprosiłem go do środka. Siadłem na krześle barowym, a on podążył za mną. Miał trudności w drapaniu się. Zaśmiałem się. To wyglądało komicznie.
- Dobra. Mogę być do dwudziestej drugiej, więc lepiej zacznijmy…
- Ty chyba sobie jaja robisz? Nie będę siedzieć tu do dwudziestej drugiej.
- Będziesz.
- Nie.
- Tak. Nie mam nawet dyskusji. Jak mam cie czegoś nauczyć, to przygotuj się na to, że będziemy siedzieć przy tym do późna. Dzisiaj mam czas do dwudziestej drugiej, ale jutro mogę wrócić nawet nad ranem. Wszystko zależy od ciebie. Jeśli będziesz mi umożliwiał nauczenie cię czegokolwiek to będzie prościej i mniej będziemy na to poświęcać, a po drugie szybciej się wyrobimy. Lepiej już nie gadaj. Tylko weźmy się za to.
            Już całkowicie się zamknąłem. Jak tak stawia sprawę to mam tylko możliwość mu podlegać. Nienawidzę tego. Podparłem się na ręce i tylko mu przytakiwałem. Nie słuchałem go w ogóle. Tak, minęła nam pierwsza godzina. Oczy mi się kleiły. Chciałem udać się do pokoju i pójść spać.
- Harry!
- Co? Nie krzycz tak.
- W ogóle mnie nie słuchasz.
- Słucham.
- Przed chwilą potwierdziłeś, że lubisz chodzić w pończochach. Harry, proszę cię. Nie utrudniaj tego.
- Jak mam tego nie robić? Nie widzisz jaka jest ładna pogoda. Nie chce tutaj siedzieć.
- Dobra. Chodź na dwór.
- Serio?
- Tak. Nie będziemy grać w kosza. Tylko się uczyć.
- Jakbym mógł pomyśleć o czymś innym.
Siedliśmy na ławce, a ja zacząłem bawić się piłką.
- Możesz przestać? Dekoncentrujesz mnie.
- Ja czy piłka?
- To i to.
- Nie wiedziałem, że moja osoba, może wzbudzać w kimś zakłopotanie i tym samym dekoncentrować. Jesteś gejem?
- Co?! Nie!! Dlaczego pytasz?
- Nie, nic. Po prostu wyglądasz na takiego.
- Dzięki. – dostałem książką po głowie.
- Ej! A to za co?
- Może tak coś ci wejdzie do tej głowy.
- Wątpię. Matmy nigdy nie zrozumiem. Jest mi niepotrzebna.
- Z tym się nie zgodzę.
- Nie musisz. 
- Jak nie chcesz się uczyć. To mam propozycję na dzisiaj.
- Ale to nie jest seksualna propozycja. Nie daje byle komu. – Zaśmiałem się.
- Dupek. Nie. Zagramy w rzuty do kosza.
- Co?
- Posłuchaj mnie. Przez pięć minut będziemy rzucać do kosza. Kto wygra wymyśla plany na dzisiaj.
- Spoko. Pogódź się z przegraną.
- To kto zaczyna?
- Możesz być ty. Dam ci fory. Ale, poczekaj! Włączę minutnik. Pięć minut. Gotowy?
- Tak.
- To start.
Raz on prowadził, raz ja. Trzeba przyznać, że był niezły. Zlekceważyłem go. Nie wyglądał na osobę, która pojmuje podstawowe zasady gry w kosza. Czas dobiegł końca. Rozbrzmiał mój telefon.
- To co teraz? Jest remis. – stwierdził.
- Możemy zrobić dogrywkę.
- Nie sądzę. Teraz do godziny 19 pouczymy się matmy, a później ty zaproponujesz plany na resztę wieczoru.
- W sumie to może być.
- To gotowy do nauki?
- Zdecydowanie tak.
***
- Harry! Oddawaj tą książkę! – krzyczał jak by go coś napadło.
- Louis! Już 19! Teraz moja kolej!
- Nie, bo nie skończyliśmy.
- Ploseeee… - zasepleniłem. Zrobiłem smutne oczy i wydąłem dolną wargę. Widać było, że go rozbawiłem.
- Dobra, dobra. Tylko proszę cię. Nie patrz się tak na mnie. To mnie przeraża.
- Spoko. To chodź.
- Gdzie?
- No, do klubu. Teraz się zabawimy.
- Nie lubię klubów.
- Bo pewnie w żadnym nie byłeś. Zgadłem? Nie martw się. Ze mną się nie będziesz nudzić. Nauczę cię jak siadać na krześle barowym, bo nie za specjalnie ci to wychodzi.
- Sugerujesz, że nie umiem siąść na zwykłym krześle?
- Nie na zwykłym, tylko na krześle barowym. Lepiej chodź. Napijemy się. Poznamy.
- Tacy ludzie jak my, nie rozmawiają ze sobą.
- Dlaczego? Chodzi ci o to, że jesteśmy z innych światów? Louuu… proszę cię. Chyba się nie cykasz?
- Ja? Chyba żartujesz? Chodź. Wiesz, że mogę być tylko do dwudziestej drugiej? Lepiej się zbierajmy.
- Spoko.
Po piętnastominutowej przechadzce, dotarliśmy do mojego wymarzonego punktu. Idealna godzina na zabalowanie.
- To tutaj.
- Zauważyłem. – odburknął.
- Chodź.
Pociągnąłem go do budynku. Bramkarze krzywo się na nas popatrzyli, ale nie zatrzymali nas. Podążyłem do baru.
- Przepraszam, poproszę 0.7. – zwróciłem się do barmana.
- Zwariowałeś? Kto to wypije? – zamartwiał się Louis.
- My. Dzisiaj poznasz smak życia.
- Ale ja nie chce.
- Masz problem. Ja nie chciałem się uczyć matmy, ale się zmobilizowałem i widzisz układy równań to dla mnie teraz pestka.
- Dobra. To dzięki mnie.
- Nie chwal się już. Wiem, że to dzięki tobie, ale nie mam zamiaru ci listów pochwalnych pisać. Chodź. Tam jest wolna kanapa.
Zabrałem butelkę wódki i dwa kieliszki.
- Gotowy?
- Tak, bez przepitki?
- Tak. Będzie lepszy efekt.
- Matko na co ja się godzę!?
- Lepiej pij. Trzy, czte-ry!
Wypiłem za pierwszym razem, lekko się krzywiąc. Spojrzałem na szatyna. Miał strasznie skwaszoną minę.
- Później będzie lepiej.
- Jasne.
Po godzinnym piciu, byliśmy tak narąbani, że nie wiedziałem z początku co się dzieje.
- Chodźmy zatańczyć.
- Razem? – wybełkotał.
- A coś ty myślał? Jesteś zbyt seksowany, żebym tego nie wykorzystał.
- To chodźmy. – pociągnął mnie za rękę i skierował na środek parkietu.
Leciała zmysłowa piosenka. Wszyscy się o siebie ocierali. Pragnęli wzajemnego kontaktu. Tak, również było z nami. Nie przeszkadzało nam to, że jeden z nas to chłopak. Nic się teraz nie liczyło. Ważne, że się dobrze z tym czuliśmy. Żadnych zobowiązań. Jutro żaden z nas nie będzie tego pamiętał. Trzeba się zabawić. Louis ocierał swoją zmysłową i bardzo, bardzo seksowną pupą o moje krocze. Każdy chciałby posiadać takie cudo. Dziewczyny lecą na tyłki chłopaków. Nie powiem, ale w tym momencie, czułem się podobnie. Kompletnie na mnie to zadziałało. Czułem jak mój „przyjaciel” powoli robi się twardszy. Ja pierdziele. Zdecydowanie nie powinienem podniecić się na widok faceta. To jest niestosowne. Odwróciłem go w swoją stronę.
- Louis, wiem, że to jest bardzo, bardzo złe, ale mam niezmierną ochotę cię pocałować. – był zaskoczony.
- Ja też mam ochotę cię pocałować. – powiedział.
- Spróbujemy? – zaproponowałem. Popatrzyliśmy się po sobie. Byliśmy definitywnie zalani.
Zamknęliśmy oczy. Zbliżyłem się do jego ust i delikatnie je złączyłem. Poruszył się niespokojnie, ale po chwili pogłębił pocałunek. Przeszły po mnie ogromne fale ciepła. Zapewne spowodowane dużą ilością alkoholu. Chłopak oderwał się ode mnie.
- Nie było tak źle. – powiedział.
- Było… miło.
- Chyba powinienem się zbierać. Jest dwudziesta pierwsza trzydzieści, a miałem być o dwudziestej drugiej.
- Chyba masz rację. Wrócę z tobą.
- Jak chcesz.
***
            Dzisiaj wtorek. Od piątkowego wypadu do klubu z Louisem, chłopaka nie spotkałem, ani razu. Czułem się jakby mnie unikał. Nie przyszedł do mnie, aby wpoić mi, według niego jeden z najprostszych przedmiotów, do głowy. Nie bywał na lekcjach, które mieliśmy wspólne. Zachowywał się jak cień. Jakby mnie nie znał. Czułem się okropnie.
            Przemierzając korytarze szkolne zauważyłem znaną mi czuprynę kasztanowych, rozczochranych włosów. Musiałem z nim pogadać. Nie możemy się tak zachowywać. To najgorsze co może być. Jakby nic się nie stało. Skierowałem się w stronę łazienek, bo właśnie tam podążył obiekt mojej obserwacji.
            Stał przy umywalce i spoglądał w lustro.
- Czemu mnie unikasz? – zapytałem.
- Nie unikam. – Kłamie. Wiem to.
- Unikasz. Chodzi o ten pocałunek w klubie? Pamiętasz go? Nie zapomniałeś.
- Jakbym go mógł zapomnieć?
- Sądziłem, że alkohol wyczyści ci wszystkie wydarzenia.
- Jakoś ty pamiętasz. To ja już nie mogę?
- Nie o to chodzi.
- To o co? O to, że jestem skretyniałym śmieciem dla ciebie, którego zaprowadziłeś do klubu, upiłeś, tańczyłeś z nim erotyczny taniec i się z nim miziałeś? O to ci chodzi? Że zostawiłeś mnie z tym wszystkim samego? Z tymi zasranymi wątpliwościami i uczuciami. Nawet nie wiesz jak bardzo chciałbym cofnąć czas i nie czuć tego co teraz się dzieje w mojej głowie.
- Coś do mnie poczułeś? Louis. To był tylko pocałunek.
- Tak, pomijając fakt, że przy facetach twój kutas staje. Nie wiem, czy mnie oszukujesz bardziej, czy siebie.
- Byłem pijany.
- Ja też, ale przynajmniej ja mam odwagę się przyznać, że dla mnie nie był to jeden niewinny pocałunek. To ty wszystko zacząłeś. To ty powinieneś czuć się winny.
- Właśnie tak się czuję! Co mam ci kurwa powiedzieć?! Że cie kocham? Nie kocham. Nic nie czuję!
- Harry, jesteś zasranym dupkiem. Spierdalaj! – Zaczął wychodzić, ale pociągnąłem go za ramię i przyciągnąłem do siebie.
- Przepraszam.
- Odwal się. Dobrze? – powiedział.
- Nie mogę.
- Styles, już wiem, że nie lecisz na facetów, ja też tak myślałem, dopóki nie przytrafiła się ta sytuacja w klubie. Zostaw mnie. Zanim będzie za późno. Dajmy sobie z tym spokój. Przecież tego chcesz?
- Nie, nie chce tego.
- To czego ty kurwa chcesz?
- Tego.
Złączyłem nasze usta w upojnym pocałunku. Pragnąłem więcej. Wepchnąłem go do jednej z ubikacji. Zasunąłem zasuwkę. Powróciłem do jego rozgrzanych warg. Do jego idealnego ciała. Włożyłem dłonie pod jego koszulkę i zacząłem palcami jeździć po jego perfekcyjnym torsie.
- Co my właściwie robimy? – zapytał, gdy się ode mnie odsunął. Spojrzałem na niego.
- Całujemy się?
- No właśnie. Teraz to ma tak wyglądać? Po kryjomu będziemy się całować, później wzajemnie sobie obciągać, a na końcu pieprzyć. Tego chcesz?
- Nie.
- To czego?
- Nie wiem.
- To się zdecyduj. Jeśli chcesz mnie w takie coś wciągnąć to wiedz, że ja nie mam zamiaru się ukrywać ze swoimi uczuciami. Nie lubię tego. Do piątku. – Zaczął wychodzić, ale zatrzymałem go.
- Przyjdziesz za tydzień w środę na mecz? Będę grał.
- To randka?
- Jak chcesz. Może być randka.
- To z chęcią przyjdę i ci pokibicuje.
- Dzięki.
- Nie ma sprawy. To do piątku?
- Do piątku.
Czyli właśnie umówiłem się, dla wszystkich ze szkolnym kujonem, dla mnie z miłym i seksownym kujonem.
***
            Lekcje z Louisem przez cały weekend szybko mi minęły. Gdy zaczęliśmy bardziej się ze sobą dogadywać, wszystko wydaję się prostsze. Nie okazujemy sobie publicznie uczuć. Nie chcemy. Nie dlatego, że się ukrywamy. Mógłbym wykrzyczeć każdemu co czuję i robię ze szkolnym kujonem. Z moim szkolnym kujonem. Ale w sumie po co? To my mamy być szczęśliwi, nikt inny. Tylko my.
            Nadszedł wyczekiwany przez wszystkich mecz koszykówki. To on miał zadecydować, czy przejdziemy dalej. Czy stać nas na więcej? Dzisiaj mieliśmy się o tym przekonać. Właśnie. Mieliśmy. Dopóki nie nadeszło pewne wydarzenie, pewien problem. Gdy miałem zdobywać kolejny punkt, zawodnik z przeciwnej drużyny popchnął mnie tak, że głową walnąłem w kant ławki, która znajdowała się zbyt blisko boiska. Kolejne niedopatrzenie. Od tamtego momentu nic nie pamiętam. Obudziłem się w szpitalu. Głowa mi niemiłosiernie napierdzielała. Chciałem to jakoś stłumić. Dostałem środki przeciwbólowe, które spowodowały, że po kilkunastu minutach zapadłem w sen.
            Gdy się obudziłem było już ciemno. Lekarz powiedział, że jutro będę już mógł wyjść. Nic poważnego się nie wydarzyło. Zanim się ocknąłem, podobno w moim pokoju cały czas przebywał pewien chłopak. Jak to w ogóle brzmi? To zapewne Louis. Odkąd coś nas połączyło cały czas się o mnie martwi. Nie, że ja o niego nie, ale on to już przesadza. To było niezdrowe.
            Następnego dnia wszystko już wróciło do normy. Zawroty minęły. Czułem się jak nowonarodzony. Louis częściej do mnie przychodził. Oczywiście w pretekście nauki z matematyki. Nie chciał mówić o swoich uczuciach do mnie. Bał się, że go wyśmieje, ale ja bym, tego nigdy nie zrobił. Za bardzo mi zależało na nim.
            Często nasze prywatne lekcje kończyły się łóżku. To było przyjemne. Wspieraliśmy się nawzajem. Dzięki niemu zacząłem się jakoś wyrabiać z nauką. Nie pomagał mi tylko z matmą. Był skory wytłumaczyć mi każdy przedmiot tylko, po to, aby mógł więcej ze mną przebywać. Bał się, że źle się poczuję. W sumie to trochę miał rację. Zawroty głowy powróciły, miałem mdłości i często zapominałem o wielu sprawach.
            Od wypadku minął miesiąc, a ja miałem wrażenie, że z każdym dniem jest ze mną gorzej. Myślałem, że to ze zmęczenia. Z powodu wielu obowiązków. Wszystko było spoko, dopóki nie zemdlałem na korytarzu szkolnym i nie zabrała mnie karetka. Po dwóch dniach badań dowiedziałem się, że mam krwiaka śródczaszkowego spowodowanego wypadkiem sprzed miesiąca. Myślałem, że gorzej już być nie może. Lekarze dawali mi 80% szans na przeżycie. Jednak zostaje jeszcze 20%, że tego nie przeżyje.
***
            Szedłem jak zwykle do Harry’ego do szpitala. Dzisiaj miał mieć operację. Nie mogłem spać. Głodziłem się. Nie mogłem nic przełknąć. Głowa zaczynała mnie boleć. Jednak nie miałem pojęcia, że informacja, którą całkowicie przez przypadek się dowiem, zmieni moje życie. Szedłem przez puste korytarze szpitalne. Zbliżałem się do sali, gdzie leżał mój chłopak. Jednak zatrzymałem się jak wryty, gdy usłyszałem słowa, które dobiegały z sali Harry’ego.
- Tracimy go! On umiera!
Opuściłem kawę na podłogę. Nie mogłem wydobyć z siebie słowa. Po prostu jakbym nie umiał mówić. Po moim policzku zaczęły płynąć stróżki łez. Nie mogłem się powstrzymać. Chciałem być silny. Tak, jak zawsze powtarzał mi Styles. Kazał mi obiecać, że cokolwiek się stanie nie zrobię nic głupiego. Jednak nie wiedziałem, że poczuje silne ukłucie w okolicy serca. Przez narastający mój płacz nie mogłem oddychać. Miałem ochotę stąd wyjść. Sprawić, że zapomnę. Uciec. Nie chciałem tego czuć. Nie mogłem stracić drugi raz osoby, którą kocham nad życie. To nierealne. Po prostu nie mogłem. Dusiłem się. Nie mogłem udawać, że mnie to nie obchodzi. Chciałem krzyczeć. Musiałem tam wejść. Wbiegłem do sali. Poczułem jak ktoś chce mnie odciągnąć.
- Harry! Nie zostawiaj mnie! Proszę! – Ręce mi się trzęsły. Byłem blady.
- Musisz stąd wyjść! Nie może cie tu być!
- Zostaw mnie!! Harry! Ja cie kocham!! Styles!! Obudź się! Nie udawaj! Proszę, nie zostawiaj mnie! Słyszysz?! Ja cie kocham! Nie mogę cię stracić! Styles! Obudź się!
- Proszę stąd wyjść. Nie pomaga Pan nam. – Wyszarpnąłem się z jego objęć i podbiegłem do łóżka nieprzytomnego chłopaka.
- Harry? Kotku? Słyszysz mnie? Ocknij się.
- Proszę go stąd zabrać. – poczułem silne ręce na moich ramionach.
- Mówiłeś, że nie zostawisz mnie samego! Obiecałeś! – Wykrzyczałem zanim drzwi się zamknęły, a ja zostałem znowu sam na korytarzu.
Wybiegłem ze szpitala. Nie może to być prawda. On mnie kocha. Nie zostawiłby mnie. Nie teraz. To nie może być prawda. Nie teraz. Zacząłem obracać się wokół własnej osi. Wszedłem na jezdnie. Nie zauważyłem nadjeżdżającego z zawrotną szybkością samochodu. Poczułem silne uderzenie. Leżałem na ulicy. Czułem jak ubywa mi coraz więcej krwi. Ucieka ze mnie życie. Słyszałem szumy i głosy. Wołali karetkę. Szukali pomocy. Po moim policzku popłynęła ostatnia łza, a ostatnie słowa wypowiedziałem z wielkim trudem, ale były wtedy bardzo szczere.
- Kocham Cię.
Wtedy już wiedział, że jak tu nie dane mu być z Harry’m to spotka go gdzieś indziej. W lepszym świecie. W tym o wiele lepszym życiu. Jednak to nie było możliwe. Los tak się plecie, że jak jedna osoba ma żyć to druga musi umrzeć. Nigdy jednocześnie, nigdy razem.
W tym samym momencie, gdy Louis tracił ostatnie chwile swojego życia, ktoś je właśnie zyskiwał.
- Powraca! Oddycha! To cud! Dobra robota Styles! Mamy dzielnego pacjenta.
            To był koniec ich wspólnej historii. Jeden musiał ponieść klęskę. To było ich przeznaczenie. Tak po prostu musiało być. Nic nie mogli zrobić. Byli bezsilni. Los każdego człowieka jest w rękach Boga. To on tak zadecydował. To była ich smutna historia.
            23 lipca 2013 rok. Mówi wam to coś? Rocznica. Trzy lata One Direction. 
23 wrzesień. Kojarzycie? Rocznica. Dwunasta lekcja matematyki. Przeznaczenie.
            Jak każdy z nas by się czuł, gdyby w jeden dzień wszystkie media ogłosiły, że jeden z członków One Direction nie żyje lub właśnie umiera? Czy ci fani zostaliby do końca? Co by zrobili, gdyby z dnia na dzień okazało się, że Larry jest prawdziwy, że jest to potwierdzone? Co każdy z nas by wtedy zrobił? Już wam mówię. Pewnie większość by się odwróciła. Świat jest pełen nietolerancji i niesprawiedliwości. Nie mówcie, żebyście tego nie zrobili. Na razie tak mówicie. Skąd możecie wiedzieć co będziecie wtedy myśleć. Wasze poglądy na dany temat mogą zmienić się diametralnie w jeden dzień, więc nie mówcie, że będziecie do końca z nimi. Nie rzucajcie swoich słów na wiatr. Okłamujecie nie tylko innych, ale i samych siebie. Spójrzcie z perspektywy czasu. Jeśli. Podkreślam Jeśli - choć jest to wątpliwe - 1D za dziesięć lat będzie istnieć, czy będziecie pamiętać piątkę wariatów, którzy odmienili po części wasze życie? Większość z was będzie miała pracę, rodzinę, męża, żonę, dzieci, inni będą na studiach. Nie będziecie mieć już czasu na sprawdzanie nowinek o swoim ulubionym zespole. Z biegiem lat przejdzie na nich „moda”. Na rynek wejdą całkiem inne zespoły. Będą rządzić inne gatunki muzyczne. Nowe pokolenie, nowa muzyka, nowy styl, inne życie, inne poglądy.
            Mnie za kilka lat tu nie będzie z wami. Nie mówię, że nie zapomnę, bo naprawdę mogę za kilkanaście lat ich nie pamiętać. Nie wiadomo co dla mnie los przygotował. Może mnie już jutro tu nie być.
            Nie chce wam wszystkiego przedstawiać w czarnych lub białych barwach, bo jest jeszcze szary.
            Jak patrzę na moich rodziców to nadal jarają się zespołami, które istniały w ich czasach szkolnych. Nadal ich słuchają. Moja mama często ogląda filmiki z koncertów i często mówi jaki jej się członek zespołu podobał. Skąd możemy wiedzieć, że któraś z nas nie zostanie żoną Harry’ego Styles’a lub któregokolwiek z One Direction. Może okazać się, że jesteś zaginioną siostrą Nialla Horana. Wszystko jest możliwe. Jak powtarza mi pewna osoba wystarczy po prostu wierzyć, wtedy wszystko przychodzi łatwiej.
            W moim życiu żałuję tylko jednego, że nie uczestniczyłam, nie byłam z One Direction od początku ich kariery. Chciałabym to bardzo zmienić. Niestety nie da się cofnąć czasu.

            Po prostu wierzmy i spełniajmy swoje marzenia. Cieszmy się dniem dzisiejszym, bo nie mamy pojęcia co za sekundę się wydarzy. Bądźmy silni. Mam nadzieję, że na zawsze z wami.
 *************************************
pokochałam to! Nie jest to mój one shot ale musiałam go dodać. Płaczę dalej. Myślałam, że zakończenie będzie piękne, miłośne i inne duperele ale to?! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz